Magia ukryta w powolności. O piktorializmie, pamięci miejsc i zatrzymaniu czasu

W erze cyfrowego pośpiechu i natychmiastowych efektów, gdy fotografia stała się masowa i ulotna, istnieją twórcy, którzy świadomie decydują się na powrót do korzeni. Taki jest Rafał Marchut – Niżanin z urodzenia i zamieszkania, człowiek wielu pasji: fotograf, piktorialista i twórca muzyki. Jego unikalne, oparte na XIX-wiecznych technikach szlachetnych prace zdobyły uznanie nie tylko w kraju, ale i w najodleglejszych zakątkach świata, zachwycając odbiorców m.in. w Brazylii czy Tajlandii.

Jego najnowsza wystawa, zatytułowana „Krzyż pod jabłonią”, to niezwykle intymna opowieść o pamięci i przemijaniu. To historia opuszczonych wsi, nagrobnych krzyży, zapomnianych cerkwi i zdziczałych sadów – pejzaży otoczonych warunkami konkretnego splotu historycznych wydarzeń, a jednocześnie trwale rozpiętych w bezczasie.

Jak wygląda proces powstawania obrazu, który tworzy się własnymi rękami od początku do końca? Dlaczego niedoskonałość bywa piękniejsza od cyfrowego ideału i co kryje się w przestrzeni między światłem a cieniem? Zapraszamy na rozmowę z Rafałem Marchutem.

Od czego się wszystko zaczęło? Kiedy powstała pierwsza fotografia szlachetna? Czy była to udana próba?

Myślę, że wszystko zaczęło się znacznie wcześniej niż moja pierwsza odbitka w technice szlachetnej. Trzeba cofnąć się do ósmej klasy szkoły podstawowej i pożyczonego od kolegi radzieckiego aparatu Smiena. To właśnie wtedy po raz pierwszy zetknąłem się z ciemnią fotograficzną. Sam moment, kiedy obraz powoli wyłaniał się na papierze, zrobił na mnie ogromne wrażenie. To było niemal magiczne doświadczenie.

Przygoda z fotografią analogową nie trwała jednak długo. Szybko pojawił się aparat cyfrowy, który otworzył przede mną zupełnie nowe możliwości. Zainteresowałem się grafiką komputerową i fotomanipulacją. Już wtedy próbowałem nadawać zdjęciom wygląd starych fotografii. Po latach zrozumiałem jednak, że samo stylizowanie obrazu nie daje tego, czego szukałem. Chciałem przejść przez prawdziwy proces twórczy, pracować z materiałem, chemią i papierem.

Dlatego wróciłem do fotografii, ale już nie opartej na światłoczułości papierów bromowych, lecz na własnoręcznie przygotowanych emulsjach stosowanych w technikach szlachetnych. Wtedy odkryłem piktorializm, który zachwycił mnie swoim podejściem do fotografii jako formy sztuki bliskiej malarstwu. Warto nadmienić, że tacy ludzie jak Léonard Misonne, Robert Demachy czy Alfred Stieglitz nie traktowali fotografii jako narzędzia dokumentowania świata, lecz jako środek artystycznej wypowiedzi. To właśnie takie myślenie jest mi najbliższe.

Pierwsze próby rozpocząłem mniej, więcej w 2018 roku. Eksperymentowałem z mokrym kolodionem, techniką olejną i gumą chromianową. To właśnie ta ostatnia pozwoliła mi wykonać pierwszą odbitkę, którą można było nazwać udaną. Dzisiaj pewnie nie pokazałbym jej publicznie, ale wtedy była dla mnie przełomem. Po raz pierwszy miałem w rękach nie tylko fotografię, ale obraz, który powstał własnymi rękami od początku do końca.

Jakie obiekty lubi Pan najbardziej fotografować? Natura? Martwa natura? Ludzie? Twarze? Dlaczego właśnie one?

Niezmiennie pozostaję wierny krajobrazowi. To właśnie w pejzażu odnajduję największą swobodę opowiadania historii. Krajobraz nigdy nie jest tylko zapisem miejsca. Jest także zapisem mojego spotkania z tym miejscem, światłem, historią, nastrojem i emocjami.

Dobór techniki szlachetnej pozwala mi nadać określonej rzeczywistości własną interpretację. Nie zależy mi na wiernym odtworzeniu świata, lecz na pokazaniu go takim, jakim go odczuwam.

Oczywiście w moich fotografiach pojawiają się czasem elementy architektury czy człowiek, ale pełnią raczej rolę sztafażu. Są częścią opowieści, a nie jej głównym bohaterem. Najważniejsza pozostaje przestrzeń i atmosfera.

Jak praca w zwolnionym tempie wpływa na Pana uważność?

Techniki szlachetne uczą przede wszystkim cierpliwości, pokory i dyscypliny. Trochę jak życie. Nie da się ich przyspieszyć, a każda próba skrócenia drogi zwykle kończy się niepowodzeniem.

Taka praca wymaga pełnej obecności. Trzeba obserwować temperaturę, wilgotność, zachowanie papieru, czas naświetlania. Jednocześnie zawsze pozostaje pewien margines nieprzewidywalności. Paradoksalnie właśnie to najbardziej mnie fascynuje. W epoce, w której wszystko ma być perfekcyjne i natychmiastowe, techniki szlachetne przypominają, że niedoskonałość również potrafi być piękna. Czasem drobny błąd okazuje się największym atutem odbitki.

Natomiast uważność zaczyna się dużo wcześniej, jeszcze zanim powstanie zdjęcie. Fotografując wiem, że później nie będę miał możliwości „uratowania” pracy kilkoma kliknięciami myszki. Dlatego znacznie więcej czasu poświęcam obserwowaniu światła, kompozycji i atmosfery miejsca. Zwolnione tempo sprawia, że naprawdę jestem w tym krajobrazie, a nie tylko przez niego przechodzę. To pewnego rodzaju imersja, pełne zanurzenie się w przestrzeni, świetle i chwili, zanim nacisnę spust migawki. Mam wrażenie, że techniki szlachetne nauczyły mnie nie tylko cierpliwości w pracowni, ale również uważniejszego patrzenia na świat.

Początki bywają frustrujące. Jak Pan podchodzi do nieudanej odbitki?

Na początku przygody bywało nad wyraz ciężko. Pierwszy rok pracy z technikami szlachetnymi był właściwie nieustanną nauką na własnych błędach. Frustracja była codziennością.

Starałem się jednak każdy błąd zrozumieć. Bardzo szybko odkryłem, że istnieje mnóstwo rzeczy, których nie opisują żadne podręczniki. Tę wiedzę zdobywa się wyłącznie poprzez doświadczenie.

Dzisiaj podchodzę do tego znacznie spokojniej. Jeśli odbitka się nie uda, analizuję przyczynę i robię następną. A ta nieudana… cóż… trafia tam, gdzie jej miejsce, czyli do kosza. To również jest część procesu twórczego. Nie każda próba musi zakończyć się sukcesem.

Jaka jest Pana relacja z kolorem?

Kolor w technikach szlachetnych jest czymś zupełnie innym niż we współczesnej fotografii. Historycznie fotografia szlachetna kojarzy się przede wszystkim z monochromatycznością, choć techniki takie jak guma chromianowa pozwalają tworzyć również obrazy barwne.

Najbardziej fascynuje mnie możliwość pracy z naturalnymi pigmentami. Dzięki nim kolor staje się subtelny, miękki, niemal eteryczny. Obraz bardziej przypomina akwarelę niż współczesną fotografię cyfrową. Jest przeciwieństwem intensywnych, mocno nasyconych barw, do których przyzwyczaiły nas ekrany i media społecznościowe.

Dla mnie kolor nie jest ozdobą. Jest kolejnym środkiem wyrazu. Może wzmacniać narrację, budować nastrój albo kierować uwagę odbiorcy. Nawet jeśli większość moich prac pozostaje monochromatyczna, świadomość, że historia technik szlachetnych obejmuje również wielobarwność, daje mi dodatkową przestrzeń do artystycznych poszukiwań.

Wszystko – cała ta magia, faktura papieru i głębia naturalnych pigmentów – tak naprawdę ożywa dopiero wtedy, gdy staniemy z obrazem twarzą w twarz. Żaden ekran komputera ani smartfona nie jest w stanie oddać tego, co czuje się, patrząc na fizyczną odbitkę.

Dlatego nie chcemy, abyście Państwo tylko o tym czytali. Serdecznie zapraszamy Was na wystawę „Krzyż pod jabłonią”, którą możecie oglądać na żywo tylko do końca sierpnia w sali wystawienniczej naszej biblioteki.

A na sam koniec przygotowaliśmy coś absolutnie wyjątkowego. Chcemy zaprosić Państwa za kulisy świata artysty. Śledźcie uważnie informacje o finisażu wystawy, ponieważ szykujemy wtedy coś wyjątkowego.

Do zobaczenia na wystawie!